UTRWALIĆ CZAR STAREGO KINA – ROZMOWA Z PROF. TADEUSZEM KOWALSKIM

Jak się Pan czuje w mieście Poli Negri?
Jestem tu po raz drugi i czuję się wspaniale ze względu na osoby skupione wokół Lipnowskiego Towarzystwa Kulturalnego im. Poli Negri i ich wieloletnią i konsekwentną pracę na rzecz upowszechniania wiedzy o naszej jedynej gwieździe filmowej, która zrobiła wielką międzynarodową karierę. Właśnie ją wspomina się we wszystkich almanach historii kina. To nie dotyczy żadnej innej osoby, która by tak zaistniała. Można oczywiście wyrazić żal, że przez te kilkadziesiąt lat nikomu nie udało się powtórzyć takiego sukcesu. Czasy były wtedy niełatwe i myślę, że dla prostej dziewczyny z małej miejscowości wyjście w świat i kontakt z największymi artystami było niebywałym osiągnięciem.

Film z Polą w roli głównej promował naszą prezydencję w Unii Europejskiej. Czy Filmoteka Narodowa w dalszym ciągu interesuje się jej karierą?
Zadaniem Filmoteki Narodowej jest dbanie o zachowanie filmowego dziedzictwa kulturalnego w szerokim znaczeniu, interesujemy się więc wszystkim, co dotyczy historii filmu, artystów, twórców filmowych. Znaczenie twórczości Poli Negri dla historii kina oraz fakt, że posiadamy w zbiorach jedyną zachowaną kopię obrazu „Mania. Historia pracownicy fabryki papierosów”, sprawia że interesujemy się na bieżąco tym, co dzieje się wokół Poli na świecie. Całkiem niedawno zgłosił się do mnie organizator najsłynniejszego festiwalu niemych filmów,  Silent Film Festival San Francisco, z prośbą o umożliwienie mu obejrzenia kopii tego filmu. Mile mnie to zaskoczyło. Mam nadzieję, że jeśli nie w tym, to w następnym roku dojdzie do pokazu „Manii” na najbardziej prestiżowym festiwalu kina niemego. Oznacza to, że ten film i Pola Negri stale budzą zainteresowanie. Film jest porządnie zrekonstruowany, ma ustabilizowany obraz bez braków i nieostrości i ogląda się go naprawdę przyjemnie. Do tego dochodzi wspaniała muzyka, napisana przez Jerzego Maksymiuka. To prawdziwy majstersztyk.

Dlaczego Filmoteka Narodowa zabrała się za tak kosztowne przedsięwzięcie, jakim jest cyfryzacja filmów przedwojennych?
Dbanie o filmowe zasoby archiwalne jest naszym obowiązkiem statutowym i pracą na rzecz obecnych i przyszłych miłośników kina, a najstarsze obrazy będące zabytkami kultury filmowej wymagają szczególnej troski. Burzliwa historia sprawiła, że mamy ich wyjątkowo mało w porównaniu z innymi krajami. W naszych zbiorach jest 160 filmów fabularnych z okresu międzywojennego. Nie wszystkie są pełne tzn. część z nich istnieje jedynie we fragmentach.

Z okresu kina niemego, czyli mniej więcej do roku 1928, zachowało się zaledwie kilka procent produkcji powstałej na terenie Polski. Dlatego filmy te są dla nas bezcenne. Jeśli chodzi o filmy dźwiękowe, to szacujemy, że zachowało się ich około 70 procent.

Projekt cyfryzacji i restauracji filmów polskich okresu międzywojennego jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej. Chcielibyśmy do 2019 roku zamknąć proces cyfryzacji, aby cała kolekcja zaczęła funkcjonować w obiegu publicznym. Używamy bardzo wysokiej technologii do tych prac, zakładając, że naszym celem jest zabezpieczenie zbiorów na kilkaset lat. Zawsze staramy się postępować zgodnie z regułami sztuki konserwatorskiej, żeby nasza ingerencja była tylko tam, gdzie jest absolutnie niezbędna.

Jak wygląda proces cyfryzacji?
Najpierw nasi konserwatorzy z drżeniem rąk wyjmują z puszki taśmę. Pod wpływem czasu ma ona tzw. skurcz, czyli troszeczkę się zgina. Prostowanie taśmy nie jest taką rzeczą oczywistą, ponieważ jeśli zrobi się to nieumiejętnie odpadnie emulsja i już nic nie da się zrobić. Taką pracę trzeba wykonać bardzo starannie. Potem poddaje się ją zabiegom konserwacyjnym – czyści z kurzu, uzupełnia perforacje i wymienia sklejki. Taśma kiedyś często się zrywała, więc była klejona. Jednak te sklejki mają kilkadziesiąt lat. Stare się zdejmuje i nakłada nowe. Dopiero po takich zabiegach poddaje się ją małej obróbce chemicznej, po czym wstawia do skanera. To ważny moment, bo za chwilę film uzyska postać cyfrową. Skanowanie jednego filmu trwa czasami nawet półtora miesiąca. Każda klatka jest nawilżana specjalnym płynem, który uzupełnia pewne  ubytki, ale część ich i tak zostaje. Specjaliści przeglądają film klatka po klatce. Naprawiają obraz i dokonują jego restauracji. Jeden film to 80 – 100 tysięcy klatek. Praca jest ogromna i zajmuje wiele miesięcy. Następnie próbujemy ustalić kolor najbliższy oryginałowi. Były to filmy czarno – białe, ale często stosowaną techniką były tzw. wiraże. Potem stabilizujemy obraz i przystępujemy do montażu.

Na czym polegają wspomniane  wiraże?
To metoda zabarwiania taśmy. Często ją stosowano, aby podkreślić nastrój. Jeśli rzecz była wesoła, to dawano kolor oranżowy, a jeśli tragiczna – fioletowy. W grę wchodziły różne odcienie. Czasami ten klucz jest bardzo czytelny, ale nie zawsze. Wykorzystywano też sepię.

Film niemy to także muzyka…
Do filmu niemego, aby mógł zostać pokazany współczesnemu widzowi, trzeba napisać muzykę. To proces kosztowny i czasochłonny. W większości przypadków nie zachowały się żadne partytury np. do „Manii” nie mieliśmy ani jednej wskazówki. Kompozytor musiał zaczynać od zera. Z jednej strony dobrze, bo miał nieograniczoną wyobraźnię. Z drugiej jednak  film niemy jest bardzo wymagający, bo niedostatków muzyki nie da się ukryć. W filmach dźwiękowych można coś przykryć dialogiem czy jakimś efektem specjalnym. Tu nie ma takiej możliwości. Muzyka musi być kompletna, bo z ekranu nie pada ani jedno słowo. Dlatego też napisanie muzyki do filmu niemego jest dużym wyzwaniem dla kompozytorów. Myślę, że mamy do nich dobrą rękę. Współpracowaliśmy z Jerzym Maksymiukiem, a do pierwszej ekranizacji „Wiernej rzeki”, czyli filmu „Rok 1863”, muzykę skomponował Michał Lorenc. Pracowaliśmy też z Tadeuszem Woźniakiem, twórcą muzyki do „Pana Tadeusza”. Zależy nam na pewnej różnorodności. Mamy taki film dość już dawno zrekonstruowany „Mocny człowiek” Henryka Szaro. Do niego istnieje kilka kompozycji muzycznych. Jedną zrobił Maciej Maleńczuk, ale jest też kompozycja zespołu Pink Freud. Gdy film jest w postaci cyfrowej nie ma żadnych ograniczeń, co do ilości wersji muzycznych. Zwykle jednak zamawiamy jedną muzykę ze względów finansowych.

Przed wojną powstały w Polsce naprawdę dobre filmy. Co Pan sądzi o tym okresie w dziejach naszego filmu?
To bardzo owocne lata. Dlatego chcemy pokazać, że kultura filmowa, z którą mamy teraz do czynienia, jest kontynuacją drogi rozpoczętej po odzyskaniu niepodległości. Kinematografia nie zaczęła się w roku 1947, jak uważają niektórzy. Nie mamy żadnego powodu, żebyśmy odczuwali wstyd. W okresie międzywojennym powstawały w Polsce zarówno dobre filmy komercyjne, jak i artystyczne, w tym również awangardowe . Są filmy poważne, społecznie zaangażowane. Polska kinematografia okresu międzywojennego wydała między innymi takie dzieło jak „Dybuk” w reżyserii Michała Waszyńskiego. To film w języku jidisz, wymieniany we wszystkich podręcznikach historii filmu. Na okres międzywojenny przypada początek twórczości Themmersonów i innych przedstawicieli awangardy. Nie możemy się odcinać od naszej przeszłości.

W tym roku obchodzimy 150. rocznicę wybuchu powstania styczniowego, wyjątkowo bolesnego w naszej historii. Jak wygląda ono w polskich filmach?
Przy okazji rekonstrukcji „Roku 1863” dokonaliśmy takiego przeglądu, jak powstanie styczniowe było obecne w naszej kinematografii. To jest pierwsza ekranizacja. Jeszcze w latach 30. powstała druga wersja oparta na tym samym materiale zdjęciowym, ale całkowicie inaczej zmontowanym. Użyto w niej dużo grafik Grottgera. Potem jeszcze ekranizację „Wiernej rzeki” zrobił najpierw Leonard Buczkowski, a następnie już w latach 80.  Tadeusz Chmielewski. Ta druga przeleżała ona dość długo na półce z powodów cenzuralnych. Uznano ją za antyrosyjską. Są też świetne nawiązania do powstania w „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka.

Ma Pan ulubionych aktorów okresu międzywojennego?
Mam do tego podejście trochę prywatne. Oglądając Jadwigę Smosarską , widzę w pewnym sensie moją nieżyjącą już mamę, która jako młoda dziewczyna była bardzo podobna do tej aktorki. Stąd moja sympatia jest szczególna. W tamtym okresie było wielu znamienitych aktorów. Warto wspomnieć Helenę Grossównę, Eugeniusza Bodo, Adolfa  Dymszę, Jacka Woszczerowicza, Jadwigę Andrzejewską, Michała Znicza i wielu innych.

Dlaczego „Pan Tadeusz” z 1928 roku jest takim szczególnym filmem?
Powodów jest kilka, przede wszystkim „Pan Tadeusz” jest największą polską produkcją okresu międzywojennego, powstałą w dziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości. To nawiązanie do największego poematu narodowego. Jego twórca Ryszard Ordyński był znaczącym reżyserem, a w pewnym okresie nawet dyrektorem Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Jest to postać wyjątkowa, również w skali międzynarodowej. Film zrealizowany z dużym rozmachem nie zachował się w całości – możemy obejrzeć dwie z trzech godzin. Powiem szczerze, wszyscy mamy w sobie „Pana Tadeusza”. Może nie ma w nim jakiś wybitnych kreacji aktorskich, chociaż nawet w rolach na pozór drugorzędnych obsadzono znamienitych aktorów. Nie zawsze to zadziałało. Jednak uważam, że w tym filmie chodziło zdecydowanie o całość. W połączeniu z bardzo dobrą muzyką skomponowaną przez Tadeusza Woźniaka, przyciąga nas jak magnes.

Rozmawiała Małgorzata Chojnicka NOWOŚCI 17.05.2013.